Twardziel Świętokrzyski 2018 – do trzech razy sztuka

Wolimy liczyć do trzech więc czemu nie zaliczyć Twardziela trzy razy. I to nie jest żadne trzy po trzy. To „trzy po trzy” – to jest Twardziel razy trzy. Trójka jest magiczna, inna i ten Twardziel też był inny, jak zresztą każdy.

Cel – ukończyć i mieć z tego fun. Limit czasu określony przez organizatorów na trasie wynosił 22h, na 50km trzeba było pojawić się przed godziną 7, a na 75km przed godziną 13. Tak po cichu liczyłem jeszcze że urwę chociaż ze dwie godziny z tego limitu i skorzystam z basenu w Strawczynku (opcja darmowa dla uczestników). Przed wyruszeniem przygotowałem prowiant: cztery kanapki, dwa soki z buraków z biedry, dwie kole 1 litr, dwie czekolady. Prowiant podzieliłem na dwie części po równo i część spakowałem do plecaka        z którym miałem wyruszyć o 20 a część na przepak w Ameliówce na 50 kilometrze. Poza tym zabrałem buty trekkingowe, buty do biegania (zapowiadali że 1 maja ma grzać) pelerynę na wypadek deszczu, maść na odparzenia i na bóle mięśni, skarpetki na zmianę, latarkę naczołówkę i baterie.

Po odprawie wspólne zdjęcie 170 maratończyków.

Jak widać na zdjęciu sporo tego roku było kobiet – 1/3.

Z Kielc do Gołoszyc jedziemy na start Twardziela autobusem zapewnionym przez organizatora. START – biegniemy a za nami TVP Kielce. Przepraszam za Beatą.

Myślę sobie wariaci – 100 km przed nami a my biegniemy zaraz na samym początku. Ale czego się nie robi dla TVP Kielce https://kielce.tvp.pl/37038949/100-kilometrow-i-170-smialkow-czyli-maraton-twardziel-swietokrzyski

Przed nami pokonanie czerwonego szlaku turystycznego im. Edmunda Massalskiego który prowadzi przez Jeleniowski Park Krajobrazowy, Świętokrzyski Park Narodowy, Łysiec, Łysicę i Radostową, kończąc na lasach suchedniowskich i oblęgorskich. Na początku trochę tłoczno, w końcu jednocześnie ruszyło 170 osób. Pierwsze kilometry łatwe, po godzinie trzeba zapalić latarkę bo coraz ciemniej. Robi się coraz luźniej – tempo różne w zależności od możliwości uczestników (jedni biegną inni idą dosyć dynamicznie). Gdy zrobiło się całkiem ciemno w lesie widać tylko światła latarek. Idę szybko i wydaje mi się że machnę łatwo tą trasę ale zwalniam bo tak podpowiada mi doświadczenie. Spodziewam się dużo błota jak w poprzednich latach ale było wyjątkowo sucho. Kilka podejść, zejść i podchodzimy pod Św. Krzyż – nogi czują już to podejście ale skutecznie wspomagam się kijkami. Doświadczenie pomimo dużej energii podpowiada mi żeby nie szarpać zbyt mięśni. Na  Św. Krzyż wchodzi się zaskakująco łatwo i szybko. Potem zejście drogą asfaltową i szuramy w kierunku Kakonina. Cały czas drogę umilam sobie na rozmowach z Beatą i Tomkiem lub osobami poznanymi na wcześniejszych wyrypach które krócej lub dłużej z nami idą. Dzięki tym rozmowom nawet się człowiek nie obejrzał a jest już w Kakoninie (30 km) na pierwszym punkcie na trasie gdzie można zjeść ciepłą zupkę i się czegoś napić. Wpadamy na Łysicę (612 m), gdzie schodząc po kamiennym zejściu mocno podpieram się kijkami aby jak mniej nadwyrężyć nogi (w 2016 czułem mocno w kolanach to zejście – dzięki kijkom jest dobrze). Później Św. Katarzyna (350 m)  i ostre podejście pod Radostową (451 m). Przed podejściem piękna burza z błyskami (dyskoteka) a później deszcz który daje fajną ochłodę tej nocy która była wyjątkowo ciepła jak na tą porę roku. Później było strome zejście do przełomu Lubrzanki (275m). W końcu docieramy do hostelu „Lubrzanka” w Ameliówce gdzie zorganizowany był przepak. Zmieniam skarpety smaruję stopy maścią na odparzenia. Wcinam kanapki, piwko z Tomkiem na spółkę i ruszamy dalej.

Obowiązkowo zdjęcie pod Diabelskim Kamieniem naszej ekipy

Przed Tumlinem ciekawy pomnik.

Ciekawa historia – pomnik upamiętniający sformowanie 4 Pułku Piechoty Legionów Armii Krajowej który został wysłany na pomoc Warszawie w 1944r.

W Tumlinie na 71 km można zjeść i napić się. Pożywna zupa, kanapki z twarożkiem i dżemem smakują wyśmienicie. Popijam to wszystko dwoma herbatami dodając do nich po cztery łyżeczki cukru. W Tumlinie zmieniam trekkingi na buty do biegania które niosę ze sobą od przepaku na 50 kilometrze. Pomysł ten okazuje się strzałem w dziesiątkę bo później mocno grzeje a ja na mecie nie miałem nawet żadnego odparzenia.

Moi drodzy, chylcie czoła. Tumlin – 71 kilometr i największy twardziel tej imprezy na zdjęciu po lewej stronie. Pan liczący sobie 83 wiosny. Fajnie było z nim porozmawiać i spotkać się po 2 latach. Ciekawostka – 12 lat temu wygrał Twardziela mając przeszło 70 lat. Niech moc będzie z nim jak najdłużej.

Pożywne jedzonko daje moc ale nie na długo, po drodze kilka stromych podejść i zejść miedzy innymi na Górę Grodową (395 km) i Górę Wykieńską (405 m).

Pomiędzy górkami kawałek asfaltu na 80 kilometrze – myślę: a pobiegnę sobie. Dzięki za fotę   Aktywny Ćmińsk

Podchodząc pod Górę Wykieńską mały epizod – spotykamy około dwudziestu schodzących piechurów, gdy dowiadują się że idziemy na 100-tkę zaczynają bić brawo. Te gesty dodały chyba nie tylko mi dodatkowych sił. Po odcinku dosyć łatwym (asfalt) przez Miedzianą Górę czeka nas jeszcze Barania Góra (427m) i Góra Perzowa (396m).

Cztery kilometry przed metą dołącza do nas Stanisław z którym podkręcam tempo i wchodzę na metę. Słychać gromkie brawa i dźwięk dzwonka witającego piechurów.

Taka świecka tradycja – biało czerwona musi być. Opuściła mnie tylko na Przedwiośniu bo jej zapomniałem i byłem bardzo smutny.

 

Z mety wracam się po resztę ekipy – podobnie jak rok temu. I wspólna fota na podium.

Na zdjęciu: Ja, Beata, Tomasz

Pyt. Czemu startuję w tego typu wyrypach?

Odp.  Aby przezwyciężyć swoje słabości, przeżyć przygodę i poczuć to coś co jest ciężko opisać wchodząc na metę i słysząc te brawa. Te moje wyrypy uczą mnie również pokory dla natury, dystansu a zarazem zachęcają do stawiania sobie w życiu nowych wyzwań.

Ps. Dzięki za wspólne maszerowanie Beacie i Tomkowi. Dzięki za zdjęcia ZbyszekB – blog i Aktywny Ćmińsk.

RUCH – SPRAWNOŚĆ – ZDROWIE

Komentarze zostały wyłączone.